Mieszkańcy Katowic / fot. Dawid Ślusarczyk / Infokatowice.pl

Jest źle, ale chyba musi być gorzej, żeby w końcu ktoś rozprawił się z problemem. Dopalacze ciągle mają się dobrze, a sanepidy są wobec nich de facto bezradne. Nakładanie kar nic nie daje, rekwirowanie towaru też, a proceder kwitnie w Katowicach i miastach ościennych.

Już nie handluje się dopalaczami jak kiedyś, teraz wiadomo, że jest to produkt niepożądany przez państwo, dlatego nieco schowany ale ciągle dostępny. Katowice, Tychy , Siemianowice Śląskie to tylko niektóre miasta w naszym regionie, gdzie można kupić tzw. “środki zastępcze”, z tym że teraz sprzedaje się je jako np. preparaty do czyszczenia toalet, oczywiście z właściwymi oznaczeniami – żeby chronić przed dziećmi i przypadkiem nie spożywać.

Zapowiedzi premiera Donalda Tuska sprzed 4 lat o skutecznym rozprawieniu się z problemem…no cóż, wszyscy wiemy ile warte są deklaracje polityków. Jedyne co wiadomo na pewno to fakt, że na razie państwowe instytucje dostają zadyszki, a dobrze zorganizowane grupy zajmujące się sprzedażą dopalaczy działają o krok przed urzędnikami.

Sanepidy – w tym ten katowicki – mają duży problem. Brak im narzędzi i pieniędzy do skutecznej walki z procederem, który tak na prawdę sprzedaje używki każdemu chętnemu. Tutaj nie ma ograniczenia wiekowego, jest tylko ograniczenie finansowe. Jeżeli masz kilkadziesiąt złotych, to możesz śmiało skorzystać np. z chemicznego odpowiednika amfetaminy – oczywiście do czyszczenia toalety lub zmiany koloru płomienia w kominku. Sanepidy nie są w stanie rekwirować całego towaru w sklepie z dopalaczami dlatego, że tylko część towaru jest wystawiona. Nie są też w stanie zbyt często kontrolować sklepów gdzie wiadomo, że sprzedaje się paranarkotyki, bo nie mają wystarczającej ilości pieniędzy na badania skonfiskowanych specyfików.

“Firmy”, i tutaj cudzysłów jest jak najbardziej wskazany, wyspecjalizowały się też w hamowaniu działań sanepidów na drodze cywilnoprawnej – mają swoich prawników, a ci skutecznie operują wcześniej przygotowanymi szablonami pism, którymi wymieniają się z urzędnikami. W zależności od etapu postępowania w pismach zmienia się tylko numer sprawy. Gdy nakładana jest kara na daną firmę (od 20 tys. do miliona złotych), a sanepid przychodzi na ponowną kontrolę to okazuje się, że na terenie sklepu działa już inna firma, zarejestrowana w tym samym miejscu i sprzedająca te same specyfiki – zabawa w kotka i myszkę z sanepidem rozpoczyna się  na nowo.

Dopisywanie nowych substancji na listę tych zakazanych trwa, bo odbywa się to w drodze ustawy, a nie rozporządzenia – na nowelizację trzeba czekać pół roku i to jak tempo prac idzie dobrze. Nieznana jest też liczba osób, którym dopalacze zaszkodziły – wachlarz efektów ubocznych po zażyciu substancji jest tak szeroki, jak ich skład chemiczny.

Wiadomo, że w Sejmie pracują już nad nowymi przepisami, które – przynajmniej w teorii – mają pomóc skuteczniej walczyć z dopalaczami. Jaki będzie efekt końcowy? To się okaże. Miejmy nadzieję, że zmiana prawa doprowadzi do czegoś dobrego i nie otworzy kolejnych luk oraz możliwości administracyjnego blokowania działań np. sanepidów. A jak władza sobie jednak nie poradzi? Zawsze można zalegalizować i opodatkować…

1 Komentarz

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
22 − 17 =


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.