„Sympatyczna retro kwiaciarnia z bardzo uprzejmą panią właścicielką, która zamówi i pelargonie, i kwiaty cięte, i jeszcze doradzi, co zrobić, żeby stały dłużej w wazonie”, bukiety oczywiście za „rozsądne ceny”, a do tego „ciekawie zaopatrzona, a właściciele z sercem na dłoni”. Jest tam od zawsze, a otwarto ją, gdy jeszcze lali fundamenty pod dom – opiniują użytkownicy pod lokalizacją w Google.
Zakład na ulicy Przedwiośnie 4A w katowickiej dzielnicy Burowiec znajduje się w szeregu innych punktów usługowych w małym pasażu na parterze bloku mieszkalnego. Wyróżnia się zaaranżowanym, artystycznym wystrojem w szklanej witrynie oraz ręcznie malowanym szyldem „Kwiaty”. Roślinna jest nawet literka „i” oraz tapety na ścianach wewnątrz.
Kwiaciarnię prowadzi pani Barbara Paździor-Kuszka, bardziej znana mieszkańcom jako po prostu pani Basia. Lokal działa od wielu lat, ta praca sprawia jej przyjemność i – jak mówi – traktuje to miejsce jak dom. Jak to się stało, że zaczęła przygodę z kwiatami i bukietami?
Pani Barbara z wykształcenia jest inżynierem odlewnikiem, po Politechnice Śląskiej Gliwicach, choć miała zupełnie inne wyobrażenie o tym zawodzie. Pracowała w Głównym Instytucie Górnictwa – GIGu, a potem w dziale analiz – laboratorium huty Baildon.
Trudne chwile stanu wojennego i “Solidarność”
Praca w Baildonie była ciekawa, jednak czasy już mniej. Socjalizm, działalność w Solidarności – chciała zmieniać świat albo chociaż najbliższe otoczenie, więc potajemnie działała w zakładowym związku zawodowym. Gdy załoga 13 grudnia 1981 roku ogłosiła protest przeciw wprowadzeniu stanu wojennego i internowaniom działaczy „Solidarności”, nie miała wątpliwości, czy się przyłączyć.
Strajk został stłumiony 14 grudnia 1981 roku. Zakład otoczyły oddziały ZOMO i wojska. Nie było litości – sprzęt, mikroskopy i pomieszczenia, wszystko zostało zniszczone i zdemolowane. Pracownicy fizyczni z nocnej zmiany zostali brutalnie pobici – pani Barbara dodaje, że przeszli tzw. „ścieżkę zdrowia”.
Przygotowując się o poranku do pracy, pożegnała syna, a – jak wspomina – „mamusia na czole zrobiła jej znak krzyża”. Strach i niepewność, co będzie dalej, paraliżowały. Na ulicach było niebezpiecznie, a co dopiero w spacyfikowanym zakładzie pracy. Nawet dzisiaj, gdy opowiada o wydarzeniach ze stanu wojennego, roni kilka łez. Z pewnością było to traumatyczne doświadczenie.
Czas reperkusji i odważna decyzja
Ostatecznie przetrwała. Jej zespół inżynierski przed bezpośrednimi konsekwencjami prawnymi i represjami ochronił przełożony – polecił im podpisać oświadczenie, że nie odmawiali pracy. Pani Barbara po raz pierwszy pokazała się współpracownikom z innej, bardziej stanowczej strony. „Nie podpiszę tego, ponieważ to nie jest prawda” – oznajmiła. Ostatecznie, jak powiedziała, tak zrobiła. Nie straciła posady, lecz reperkusje nastąpiły dosyć szybko. Mobbing, narzucanie współpracowników – atmosfera w laboratorium stała się nie do zniesienia. Złożyła wypowiedzenie.
W latach osiemdziesiątych kobiety – matki i żony – rzadko podejmowały takie decyzje. Nie jestem takim ryzykantem i dla mnie to była bardzo ciężka decyzja – wspomina.
W życiu nie ma przypadków
W życiu nie ma jednak przypadków. Na jej drodze stanęła znajoma, prowadząca w centrum Katowic, tuż obok Teatru Śląskiego, kwiaciarnię, a pani Barbara właśnie skończyła kurs bukieciarstwa. Krystyna Różycka potrzebowała pracownika. Był 1984 rok. Na ulicy Teatralnej, w miejscu, gdzie obecnie znajduje się sklep spożywczy, spędziła cztery lata. Uczyła się tworzenia kompozycji bukietowych, eksperymentowała florystycznie, co prócz przyjemności po prostu jej wychodziło – miała do tego dryg. Wyżywałam się tam artystycznie, tworzyłam kompozycje kwiatowe w koszach dla teatru – wspomina.
Tam też zauważył ją przedstawiciel Spółdzielni Ogrodniczej z katowickiej dzielnicy Janów i zaproponował, aby objęła pod ich egidą punkt sprzedaży. Lokale do wyboru były dwa, padło na ten na ulicy Przedwiośnie w Katowicach. Do pracy u znajomej zawsze mogła wrócić, dlatego była przestrzeń na nowe zawodowe wyzwanie. Punkt znajdował się w zupełnie innej dzielnicy, różniącej się znacznie od Śródmieścia Katowic. Zaczął działać w 1988 roku. Mieszkańcy Burowca woleli proste wiązanki kwiatowe i popularne kwiaty na przykład goździki. Jednak i tak przychodzili – potem ich dzieci, sąsiedzi. Czas biegł, Spółdzielnia Ogrodnicza, jak wiele w latach 90-tych zakładów, podupadła, a działalność stała się prowadzona na własny rachunek.
Pani Basia w wolnych chwilach zajmowała się swoją drugą pasją – medycyną niekonwencjonalną. Teraz na tapecie jest Oryginalna Terapia Kwiatowa Bacha, wykorzystująca 38 esencji z dzikich kwiatów, drzew i krzewów do równoważenia stanów emocjonalnych. Robi mikstury dla bliskich w małych, ciemnych buteleczkach. Na zapleczu lektury na ten temat piętrzą się na co najmniej jednej półce. Są także ramki z obrazami syna – artysty, który zaprojektował też kwiatowy szyld w witrynie lokalu, zestaw wiszących okularów, filiżanki, a w starym kredensie akcesoria i dodatki do bukietów przygotowane na każdą okazję – wystarczy wyjąć i zacząć tworzyć.
Dziś kwiaciarnia to jeden z ostatnich działających lokali usługowych w katowickim Burowcu. W pawilonie sklepy, a nawet bank, zamykają się jeden po drugim. Klienci przenieśli swoje potrzeby zakupowe do dyskontów, marketów i internetu. Mimo że kwiaciarnia nie przynosi zysków, z sentymentu i potrzeby serca trudno to miejsce opuścić, choć ten etap w końcu nastąpi.
Jeśli chcecie wesprzeć lokalne miejsca z historią i sercem – zajrzyjcie po kwiaty właśnie tam. Każdy bukiet, każda artystyczna ozdoba ma znaczenie.







































