Wysoka kamienica
foto: Grażyna Skrzypkowska

Czasem zwykłe miejsca, mimo upływu czasu, nie zmieniają swoich funkcji. W rudych cegłach kamienicy przy ulicy Bytkowskiej 65 w Katowicach od ponad stu lat działa sklep spożywczy. Budynek mieszkalny w stylu historyzmu powstał na początku XIX wieku. Wtedy jeszcze gmina Wełnowiec nie należała administracyjnie do Katowic — stało się to dopiero w 1951 roku.

Punkt usługowy Hugo Bojacka pojawia się na przedwojennych ilustrowanych kartach pocztowych, obok ważnych dla społeczności miejsc — kościoła, szkoły i huty cynku. Rodzina właścicieli mieszkała na pierwszym piętrze, parter zaś przeznaczono na sklep spożywczy. Hugo Bojack widnieje w przedwojennych księgach adresowych Katowic jako kupiec i właściciel kamienicy przy Bytkowskiej 65.

Kolejne wspomnienie o sklepie niosą z sobą nadszarpnięte zębem czasu czarno-białe zdjęcie w serwisie Fotopolska. Podpis właściciela fotografii: „8 czerwca 1924. Sklep moich pradziadków Wiktorii i Antoniego Tomaszowskich. Data zdjęcia orientacyjna, na podstawie wieku mojej babci siedzącej na schodach”. W obiektywie fotografa tłum. Na górze, pod szyldem „Wiktoria Thomassofski”, pozują właściciele — pani w białym fartuchu, wąsaty pan w garniturze, niżej dzieci i kilka kobiet. Historia toczy się dalej, a kamienica pozostaje jej niemym świadkiem.

Po II wojnie światowej sklep, jak wiele innych w czasach PRL-u, został znacjonalizowany — nie miał więc właścicieli. Prowadziła go Powszechna Spółdzielnia Spożywców (PSS) „Społem”. Po „Społem” lub jeszcze w trakcie mieszkańcy wspominają prowadzące lokal dwie siostry. Działalność wróciła znów do prywatnych rąk, gdy przejęli ją rodzice pani Grażyny Kalisz. Sklep prowadził jej ojciec, pracowała już żona, powoli wciągał córkę do pomocy. Gdy poważnie zachorował, przekazał go właśnie jej. Potem wszystko potoczyło się szybko: ojciec zmarł, matka zachorowała, pandemia COVID… Pani Grażyna została nową „właścicielką” i tak od 2008 roku dba o to miejsce. Nie chodzi wcale o remonty, nowoczesne sprzęty i przebudowy charakterystyczne dla sklepów franczyzowych. Tutaj wciąż czuć, jakby czas się zatrzymał. Tradycyjne wagi z metalowymi odważnikami, blaszane znaki zakazu z rysunkiem papierosa i psa na smyczy, charakterystyczna szklana lada oraz sama pani Grażyna krzątająca się za nią w fartuchu i wełnianej czapce — wszystko wygląda tu tak jak dawniej. Jak przed laty, jest tu nadal „wszystko” — wędliny, mięso, warzywa, owoce, ciasta i ciasteczka, napoje, chemia, znicze…

Dla klientów z trudnościami w chodzeniu przygotowano specjalny stołeczek, żeby mogli spokojnie poczekać na swoją kolej. Pani Grażyna dba, by zawsze było to, czego szukają stali klienci. Ma pani żymloki? — pyta klientka. Dla pani tak — odpowiada. Te są mniej soczyste — doradza przy wyborze mandarynek, i nie jest to wyjątek. Zamawia towar, odkłada dla konkretnych osób, a za ladą znajdą się także słodycze na wagę — chałwy, żelki i lizaki dla dzieci. Mieszkańcy wspominają – sklep jest tam od zawsze, tajemniczego pana Stefka “ochroniarza”, kolejki “za dziecka” po masło solone, sąsiednie kamienice, dzieciństwo.

Zapytana o to, jak prowadzi się ten sklep, przyznaje, że bywa ciężko. Czasem czuje się przygnębiona i zmęczona. Trochę żałuje, że całe życie zajmowała się tylko tym i nie miała czasu nauczyć się innego zawodu. Tu jednak jest u siebie. Grażynka daje radę jakimś cudem – podsumowują z sympatią na lokalnej grupie społecznościowej mieszkańcy. Pracy nigdy nie brakuje — zawsze znajdzie się coś do ułożenia, wytarcia czy posprzątania. Kiedyś było jej łatwiej, ale wiek robi swoje, dlatego gdy ma słabszy dzień, odlicza lata do emerytury.

Znad witryny zniknął dawny szyld, ale co się z nim stało, już nie wiadomo. Mama z tatą tylko wiedzieli, co z tym szyldem — mówi pani Grażyna. Było też stare zdjęcie — podobno wisi dziś w korytarzu, w części mieszkalnej, u właścicielki budynku. W witrynie znajduje się natomiast plakat zachęcający do podpisania petycji w sprawie Parku Śląskiego. Pani Grażyna nie szuka rozgłosu, nie chce pozować do zdjęć. Za to nie odmawia lokalnym aktywistom. Zawsze mogą skorzystać z jej uprzejmości, zostawić ulotki, listy poparcia i plakaty. Jeden działaczy wpadł nawet na pomysł zorganizowania zrzutki na nowy szyld, żeby sklep był lepiej widoczny.

Rude cegły kamienicy są świadkiem wielu zdarzeń, tajemnic i zmartwień. Widziały kolejnych właścicieli, klientów i mieszkańców. Obserwowały pędzący czas i życie, które w handlu nie zawsze ma wiele wspólnego ze słodkościami zza lady.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.