Reklama

Wellington, stolica Nowej Zelandii zaprasza do udziału w programie LookSee. Poszukuje 100 nowych pracowników, pokrywa koszty przelotu i zakwaterowania 4-dniowego pobytu (8-11 maja), podczas którego zakwalifikowani kandydaci spotykają się z potencjalnymi pracodawcami oraz mają możliwość odwiedzenia Nowej Zelandii. Rekrutacja do programu trwa do 20 marca. Poszukiwane są osoby związane z nowymi technologiami.

Reklama

Kampania LookSee Wellington to partnerstwo między Regionalną Agencją Rozwoju Gospodarczego (WREDA) z Wellington i biznesowego sektora prywatnego, który specjalizuje się w globalnym marketingu rekrutacyjnym. To część planu nowozelandzkiego rządu.

Zapraszamy katowiczan, szukamy tech-talentów z całego świata – napisała do nas Melanie Borich z zespołu programu LookSee.

Zarejestrować się w LookSee Wellington można tutaj. Postanowiliśmy zatem dowiedzieć się jak tam jest. Okazuje się, że stolica Nowej Zelandii potrafi zachwycić. Rozmawiamy z Kirą Białczyńską, absolwentką ASP w Katowicach, obecnie mieszkanką Wellington. O życiu, pracy i czasie wolnym w Nowej Zelandii.

Ewa Waszut: Masz za sobą sporo lat nauki, bo oprócz studiów na ASP w Katowicach (projektowanie graficzne) skończyłaś psychologię na Uniwersytecie Jagielońskim. Czy coś jeszcze między czasie? 

Kira Białczyńska: Tak jest coś jeszcze i jest to coś bardzo ważnego. Już od liceum interesowałam się tworzeniem stron internetowych. HTML, CSS, Javascript to była moja prawdziwa pasja, coś co zawsze należało tylko do mnie. I jak na pasję przystało, do dziś sprawia mi to przyjemność i radość. W mojej karierze zawodowej front-end development był nieodłączną częścią, która zawsze otwierała mi drzwi do ciekawych firm i projektów. Projektanci, którzy umieją i rozumieją technologię byli zawsze bardzo wysoko cenieni w IT i to się nie zmienia.

Ewa Waszut: W Polsce pracowałaś m.in. dla największych marek na świecie. Czym się obecnie zajmujesz? 

Kira Białczyńska: W Polsce, w Krakowie miałam okazję pracować dla świetnych agencji interaktywnych, skandynawskich i amerykańskich. To tam nauczyłam się jak zawodowo projektować i tworzyć strony www i aplikacje. Wiedza, którą zdobyłam, moje zaangażowanie i osobiste zainteresowanie projektowaniem user experience (UX), sprawiły że świat stanął dla mnie otworem. To się nie stało z dnia na dzień, to było 8 lat ciężkiej pracy i nauki.

Od 2 lat pracuję w Wellington na Nowozelandzkiej Giełdzie Papierów Wartościowych (NZX Limited) jako projektant UX i front-end developer. Staram się rozwiązywać problemy jakie użytkownicy mogą mieć w zetknięciu z interfejsami giełdowymi. Obecnie pracuję nad platformą handlową dla rynku energii w Nowej Zelandii. Jest to niesamowicie ciekawy projekt, uczę się jak działa sieć energetyczna, jak traderzy (handlowcy – przyp. red.) energii analizują dane i podejmują decyzje handlowe. Rola UX designera w jednym zdaniu to „sprawienie by skomplikowane modele i koncepty były łatwe w zrozumieniu i użyciu poprzez intuicyjny interfejs”. Choć to duże uproszczenie.

Ewa Waszut: Jak to się stało, ze wyjechałaś do Nowej Zelandii? Opowiedz mi proszę. 

Jeszcze pracując w Krakowie miałam okazję podróżować po świecie, w delegacje do klientów dla których pracowałam, głównie Oslo, Londyn, Toronto. Przekonałam się, że świat nie jest taki wielki i dam sobie radę właściwie wszędzie. Dodało mi to odwagi w podróżowaniu coraz dalej. Mój mąż zaraził mnie dalekimi podróżami do bardziej egzotycznych krajów jak Sri Lanka, Peru czy Indonezja. Pokochałam to. Co roku cały nasz urlop poświęcaliśmy na podróże. Momentem przełomowym był dla mnie ten, gdy w kolejnej podróży poczułam znajome mi uczucie „jestem w domu”, to jest to, tu jest moje miejsce. Mój dom jest tam gdzie ja jestem, w ruchu. Zaczęliśmy marzyć o jeszcze odleglejszych zakątkach, jak Australia, wyspy Pacyfiku, Nowa Zelandia.

Pewnego wieczoru po prostu podjęliśmy decyzję: wyjedźmy i zobaczmy jak tam się żyje. To była najtrudniejsza część: podjąć to ryzyko, zostawić obecne życie. Nie chcieliśmy żałować, że nie spróbowaliśmy. Potem poszło już gładko, szukanie pracy, wiza, pakowanie w dwie 30 kg walizki i 34 godziny lotu później jesteśmy w Wellington. Przygoda. Chyba mam w sobie geny dziadka, który był podróżnikiem.

Ewa Waszut: Jak tam Ci się żyje? Opowiedz mi o takim Twoim standardowym dniu pracy – jak wygląda i Twoim dniu w weekend. 

Kira Białczyńska: Obecnie mieszkam nad samym morzem na wybrzeżu Kapiti, godzinę drogi pociągiem od Wellington. Wstaję wcześnie rano, zaraz po 6.00 żeby dotrzeć do pracy na około wpół do 9. Nie lubię się spieszyć. W pociągu czytam, lub piszę do rodziny. Między Polską, a Nową Zelandią jest obecnie 12 godzin różnicy, moje rano to wieczór w Krakowie i odwrotnie. Także muszę planować kiedy dzwonić do domu, odpisać na czacie. Pracę zaczynam od czytania maili, piję kawę, spotykam się z zespołem, żeby szybko zorientować się co dziś robimy. Potem wykonuję swoje zadania projektowe lub deweloperskie. Czasem mam spotkania z użytkownikami. W porze lunchu staram się wyjść na spacer, moje biuro mieści się nad samą wodą, więc korzystam z tego. Wieczorem, w lecie, idę popływać w morzu albo na spacer plażą, a już w pociągu, w drodze do domu się relaksuję. To jest dla mnie bardzo ważne: ten spokój i relaks.

W weekend staramy się z mężem gdzieś pojechać na jakiś dłuższy spacer, pozwiedzać okolicę. Zawsze też robimy coś kreatywnego w domu, on programuje, ja wyszywam, zajmuje się roślinami albo gotuję. Ot, takie proste życie.

Ewa Waszut: Jakie dostrzegasz dla siebie różnice w mieszkaniu w kraju, w którym produkowano Władcę Pierścieni? Te dobre i te mniej?

Kira Białczyńska: Dla mnie osobiście jedną z najważniejszych rzeczy jest wolniejsze tempo życia tutaj, lepszy work-life balans. Lubię swoją pracę i ona daje mi dużą satysfakcję, ale jeszcze bardziej lubię swój czas wolny, moją przestrzeń życiową. I to nie chodzi tylko o przestrzeń fizyczną, ale też mentalną. Tutaj mam luz, mniej od siebie wymagam i to jest dla takiego perfekcjonisty jak ja, bardzo zbawienne. Praca to nie wszystko, tutaj ludzie o tym pamiętają. To ma też swoje negatywne skutki oczywiście. Tutaj nie przyjeżdża się dla kariery, tempo pracy jest momentami bardzo wolne i ciężko się doprosić o podjęcie konkretnych decyzji. Trzeba się przyzwyczaić.

Kolejna duża różnica to, to jak ten kraj jest pusty i jak blisko można obcować z przyrodą. Są miejsca w których przez 90 km nie ma wioski, stacji benzynowej i zasięgu. To naprawdę pozwala się odłączyć i chłonąć to, co cię otacza. Żyć chwilą.

Ludzie tutaj są też bardzo mili, tacy poczciwi można by powiedzieć, bardzo wspierający. Miła odmiana od oceniających i dość krytycznych Polaków. Jednakże ta kultura tutaj jest inna, brakuje mi głębszych więzi, które mam z przyjaciółmi z Polski. Jesteśmy może po prostu bardziej szczerzy, ale to pozwala naprawdę kogoś poznać.

Muszę też wspomnieć o odległości, to jest jeden z najdalej położonych od Europy zakątków świata. W tym roku pierwszy raz jedziemy do Polski, po 2 i pół roku. To nie jest tak, że można wsiąść w samolot i 3 czy nawet 10 godzin później zobaczyć się z rodziną. To pozwala ustawić priorytety, docenić czas spędzany z najbliższymi, cieszyć się nim. Ale też uczy samodzielności i wspierania się nawzajem z partnerem w tych trudniejszych chwilach.

Ewa Waszut: A jak ze sztuką w Twoim mieście? 

Kira Białczyńska: Wellington to super miasto jeśli chodzi o sztukę i artystów. W ogóle nowozelandzki system edukacyjny zdaje mi się bardziej rozwijać artystyczne talenty i szukać w ludziach tego w czym byliby dobrzy, niż narzucać jakiś program. Jest też w kulturze taka akceptacja bycia artystą jako ścieżki zawodowej albo stylu życia.

Jako młode miasto Wellington jest otwarty na street art, street performance, aranżowanie przestrzeni publicznej przez ludzi w kreatywny sposób. Władze miasta to ułatwiają poprzez programy, takie jak legalne miejsca do robienia graffitti czy festiwale artystyczne. Więc tutaj mam wrażenie obcowania ze sztuką na każdym kroku. Jako że kiwi (tak o sobie mówią Nowozelandczycy) są otwarci i zachęcający, ludzie tutaj tworzą sztukę w taki nieskrępowany i niewymuszony sposób, nie krytykując, nie oceniając. Ktoś chce coś wyrazić, więc to robi.

Ja osobiście z racji, że nadal pracuję 8 godzin dziennie, nie mam dużo czasu ani siły na wielką sztukę. Nigdy też nie byłam typem noszącym ze sobą szkicownik pod pachą. Bardziej niż w malowaniu czy rysowaniu odnajduję przyjemność w przekształcaniu starego w nowe, odzyskiwaniu, up-cyklingu. Staram się nie kupować nowych mebli czy przedmiotów, tylko odnawiać stare znalezione, kupione na starociach, lub robić samemu ozdoby, szyć, przerabiać ubrania z second-handu. Sztuka naturalna i ekologiczna to coś czemu chciałabym w przyszłości poświęcić więcej czasu.

Ewa Waszut: Powiedz mi proszę jeszcze o zarobkach i o kosztach życia w Nowej Zelandii.

Kira Białczyńska: Mogę powiedzieć, że żyję tutaj na podobnym poziomie co w Krakowie, jednak zdaję sobie sprawę że dzięki pracy w IT zawsze mogłam sobie pozwolić na poziom wyższy niż przeciętny. My żyjemy dosyć skromnie na co dzień, gotujemy w domu, wychodzimy może raz w tygodniu zjeść na mieście, nie kupujemy niepotrzebnych rzeczy, jeździmy komunikacją miejską. Za to wakacje to jest dla nas coś bardzo ważnego, na podróżach i wakacyjnych przyjemnościach nie oszczędzamy. Zarabianie w dolarach zmienia tą perspektywę. Choć tutaj koszt życia w dolarach jest podobny jak w Polsce w złotówkach. Wynajem mieszkania ok. 2 tys. miesięcznie, chleb 4.50, butelka wina 16, danie w restauracji ok 20. To jednak siła dolara jest większa niż złotówki poza granicami kraju, wakacje to o wiele niższy koszt niż kiedyś.

Nie musimy odkładać przez pół roku czy rok, wystarczą dwie pensje. Zarobki w IT, to dla designera około od 50 do 100 tys. dolarów rocznie, programisty od około 70 do 130, wszystko zależy również od roli i regionu.

Nowa Zelandia bardzo potrzebuje specjalistów w wielu branżach. Młodzi kiwi zaraz po studiach wyjeżdżają do Australii albo Londynu, bo Nowa Zelandia to mały kraj, nieduże miasta, niewiele się tutaj dzieje w porównaniu z San Francisco czy Warszawą.

Ewa Waszut: Spotkałaś jakiegoś Polaka?

Kira Białczyńska: Tak oczywiście. Są tutaj Polacy. Mamy niewielką społeczność w Wellington, około 80 osób jakoś związanych z Polską, bezpośrednio lub poprzez przodków.

Polska ma z Nową Zelandią wspólny kawałek historii. Podczas II Wojny Światowej przywieziono tutaj ponad 750 polskich dzieci, uciekinierów z obozów koncentracyjnych na Syberii. Nowa Zelandia dała im schronienie i dom, niektórzy z nich i ich potomkowie żyją tu do dziś. Mamy tutaj skromny festiwal polski na którym można zjeść pierogi, bigos i posłuchać polskiej muzyki ludowej. Są zespoły polskiego tańca ludowego i Szkoła Polska. W zeszłym roku odbył się też Festiwal Filmu Polskiego, a polskie filmy corocznie znajdują swoje miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowej Zelandii.

Jak miło było posłuchać języka polskiego, w kinie, czułam się jakbym była w domu.

Ewa Waszut: Zostajesz na zielonej wyspie?

Kira Białczyńska: Na pewno jeszcze 2 lub 3 lata. Za rok dostaniemy z mężem dożywotnią rezydenturę, co oznacza że już zawsze będziemy mogli tu wrócić, żyć i pracować bez konieczności wizy. Jeszcze nie nacieszyliśmy się Nową Zelandią, jeszcze chcemy zobaczyć kilka miejsc na Pacyfiku i trochę Australii. Wrócimy, bo Polska to nasza baza, ale Nowa Zelandia już zawsze będzie w nas i nada nam trochę inny kształt.

Nasz dom jest tam gdzie my jesteśmy, a nasza kultura i historia jest w nas.

Ewa Waszut: Dziękuję za rozmowę.

Kira Białczyńska: Dziękuję.

Więcej na temat Kiry Białczyńskiej znajdziecie Państwo poniżej:
Linkedin Portfolio

Reklama

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here

Solve : *
7 + 28 =


Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.