Zamiast spaceru, widok setek śmieci. Na krótkim odcinku Rawy między Zawodziem a centrum Katowic zalegają butelki, ubrania, torby, kosz na śmieci, a nawet dwie hulajnogi elektryczne. To nie tylko problem estetyczny, ale też realne zagrożenie dla mieszkańców i środowiska.
Spacer z Zawodzia do centrum Katowic powinien być przyjemnością. Tymczasem przypomina raczej niechcianą lekcję o tym, jak traktujemy wspólną przestrzeń. Na odcinku zaledwie półtora kilometra koryto Rawy zamienia się w swoistą „galerię” odpadów – setki szklanych butelek, porzucone ubrania, plastikowe torby, a nawet dwie hulajnogi elektryczne.

Rawa od lat nie ma dobrej opinii. Często mówi się o niej jako o ścieku, czymś, co i tak jest już zniszczone. Problem w tym, że taka narracja tylko pogłębia skalę zjawiska. Skoro „to tylko ściek”, łatwiej wrzucić do niej butelkę czy starą torbę. Tyle że ten gest nie znika wraz z nurtem. Zostaje, kumuluje się i z czasem zaczyna wracać do mieszkańców w bardzo konkretny sposób.
Śmieci w korycie Rawy to nie tylko kwestia wyglądu. To także realne ryzyko. Zalegające odpady – szczególnie większe przedmioty – mogą blokować przepływ wody. W czasie gwałtownych opadów, których w ostatnich latach nie brakuje, takie zatory zwiększają ryzyko podtopień. Woda nie ma gdzie odpłynąć, więc zaczyna szukać ujścia – często na ulicach czy w piwnicach okolicznych budynków.

Jest też drugi, mniej widoczny problem. Rawa nie kończy się w centrum Katowic. Jej wody płyną dalej – do Brynicy, potem do Przemszy i Wisły. To oznacza, że śmieci wyrzucone w Zawodziu nie są tylko „lokalnym problemem”. Rozkładają się, uwalniają mikroplastik i toksyny, które trafiają do większego systemu wodnego. To, co zaczyna się w Katowicach, kończy się gdzieś znacznie dalej – ostatecznie nawet w Bałtyku.
Na miejscu widać też coś jeszcze – mechanizm, który dobrze znają urbaniści. Tam, gdzie pojawiają się pierwsze śmieci, szybko pojawiają się kolejne. Jeśli ktoś widzi, że koryto rzeki już jest zaśmiecone, łatwiej mu uznać, że „jedna butelka więcej nic nie zmieni”. W ten sposób problem narasta lawinowo.

– To nie jest wyłącznie problem estetyczny, lecz wyraźny sygnał, jak traktujemy wspólną przestrzeń. Rawa od lat pełni funkcję kanału technicznego, dlatego łatwo mentalnie wyłączyć ją z kategorii „przyroda” i uznać za miejsce, do którego można coś wrzucić i zapomnieć. Tymczasem te śmieci nigdzie nie znikają – rozkładają się, uwalniają mikroplastik i toksyny, np. z akumulatorów, które następnie trafiają dalej do systemu wodnego. Szczególnie niebezpieczne są odpady wielkogabarytowe, takie jak rowery, hulajnogi czy wózki sklepowe – mogą blokować przepływ podczas intensywnych opadów i zwiększać ryzyko podtopień. Jako mieszkaniec widzę też efekt psychologiczny: im więcej śmieci, tym łatwiej dorzucić kolejne. Jako ekolog widzę stracony potencjał – nawet tak przekształcona rzeka mogłaby pełnić funkcje przyrodnicze i społeczne, ale przy takim poziomie zanieczyszczenia staje się po prostu ściekiem w środku miasta – powiedział w rozmowie z InfoKatowice Kamil Szewczyk z Polskiej Zielonej Sieci.
Patrząc na Rawę dziś, trudno oprzeć się wrażeniu, że problem jest większy niż tylko same śmieci. To raczej kwestia podejścia – tego, czy przestrzeń wspólna jest naprawdę „nasza”, czy tylko niczyja. Rawa, choć przez lata przekształcona i zdegradowana, wciąż jest częścią miasta i jego krajobrazu. Mogłaby być miejscem spacerów, odpoczynku, zielonym korytarzem w środku Katowic. Na razie jednak pozostaje symbolem czegoś zupełnie innego – obojętności, która z czasem zamienia się w realny problem dla wszystkich mieszkańców.



































