Drzewa, krzewy, nawłocie i inna bujna roślinność. Niektórzy nazwą to czwartą ruderalną przyrodą, a inni po prostu chaszczami. Gdzieniegdzie widać elementy betonowego podłoża, białe kafle podłogowe i resztki metalowej bramy. Czy to opis jakiegoś tajemniczego pałacu z zapomnianym ogrodem? Nie, to pozostałości targu przy ulicy 1 Maja w katowickiej dzielnicy Zawodzie.
Zapomniana historia zawodziańskiego targu
O targu zlokalizowanym niegdyś przy ulicy 1 Maja wiedzą tylko starsi mieszkańcy Zawodzia. Nie przeczytacie o nim w jedynej wydanej w 2011 roku monografii dzielnicy i parafii Opatrzności Bożej, ani nawet popularnej trzeciej części Spacerownika po Katowicach autorstwa Piotra Fuglewicza i Barbary Zygmańskiej. Trudno zlokalizować to miejsce w mapach internetowych, stan własności działek – własność lub współwłasność osób prawnych. Pytam zaprzyjaźnionego historyka, czy można gdzieś znaleźć dokumenty. Mówi, że będzie trudno. W miejskim archiwum raczej jeszcze ich nie będzie, a te zakładowe z PKP może być niedostępne. Postanawiam nie pisać oficjalnych pism i nie dopytywać, aby nie zaszkodzić prowadzącym jeszcze działalność w tym miejscu i opowiedzieć tyle ile udało mi się ustalić lub sama pamiętam.
Lata dziewięćdziesiąte, przedsiębiorczość i adaptacja przestrzeni na sprzedaż
Targowisko powstało w początkach lat dziewięćdziesiątych na terenie należącym do PKP. Z opowieści przedsiębiorcy najdłużej prowadzącego działalność, od 1994 roku, część zabudowań została zaadoptowana na potrzeby sprzedaży prawdopodobnie z dawnej stolarni. Sprzedaż trwała w najlepsze do czasu powstania w okolicy pierwszego sklepu samoobsługowego, potem remontu ulicy i zmiany trasy przejazdu autobusów na nowo wyremontowaną część alei Roździeńskiego. Klienci przestali przychodzić, przedsiębiorcy zmieniali lokalizację swoich sklepów i stoiska z czasem zaczęły znikać. Z licznych pawilonów zostały tylko dwie ostatnie budki – kultowy warzywniak i wyjątkowy kiosk oraz wspomnienia.
Targowisko którego już nie ma
To właśnie wspomnienia pozostały z tego niegdyś tętniącego życiem miejsca. Jak tu wyglądało? Spróbuję odtworzyć, chociaż chodząc wkoło czuję się trochę jak na urbexie. Z przodu widać puste zarośnięte nawłocią miejsce. Tutaj był świetnie zaopatrzony sklep zielarski. Lekko z tyłu stary szyld ”Piekarnia Dorotka”. W zakurzonej witrynie widać jeszcze kilka przylepionych reklam i wyblakłą napisaną ręcznie informację o likwidacji i przeniesieniu sklepu. Dalej trafiamy na jeszcze czynny kiosk pana Jasia oraz warzywniak państwa Zosi i Władka. To dzięki nim żyje opowieść o zawodziańskim targu. Za lekko widocznymi od ulicy punktami sprzedaży kryje się tylko przeszłość.

Miejsce niegdyś tętniące życiem
Wchodzących na targ po lewej, od strony sklepu zielarskiego witała długa kolejka. Za czym? To do pawilonu mleczarskiego. W lokalu schludnie wyłożonym białymi kafelkami sprzedawano pewnie jeszcze w szklanych butelkach wymiennych mleko, kefir, śmietanę i inne produkty. Idąc dalej w sklepie pani Edyty można było zakupić świeże mięso i podroby. Ostatni pawilon po lewej to warzywniak. Sklep działa teraz nieco dalej, a oprócz właścicieli klientów obsługuje też pani Edyta. W tym ciągu pawilonów był też dobry sklep rybny, w późniejszym czasie second hand, optyk, a przy zardzewiałych pozostałościach bramy zdaje się jakiś mały bar.

Getrobojówki, kopertówki i paletki cieni Ruby Rose
Kolejna część budek i stoisk w środku targu miała charakter tekstylny i drogeryjny. Ostatnio wspominałyśmy z siostrą zakup za swoje pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze spódnic „kopertówek”. Nie tylko my byłyśmy zadowolone z takich zakupów. Słyszałam też o getrobojówkach i poszukiwanej przez nastolatki paletce cieni do powiek marki Ruby Rose. Podobno były bardzo dobre i tanie. Od prowadzącej stoisko z akcesoriami do włosów dostawałam uszkodzone spinki, z których robiłam wyjątkowe ozdoby na zajęciach metaloplastyki w Pałacu Młodzieży. Wyobrażam sobie zawodzianki wzajemnie doradzające sobie w wyborze kreacji, wymieniające się przepisami i plotkujące przy okazji. Ostatni ciąg stoisk miał charakter warzywno-owocowy. Nie było już tam budek, a raczej stragany.
Tak się tworzą pozytywne relacje międzyludzkie
Targowiska są wyjątkowymi miejscami na mapie miast, dzielnic. To tutaj prócz, rzecz oczywista sprzedaży produktów, budują się relacje interpersonalne. Tu toczą się rozmowy między klientami, sprzedawcami. Tu można odezwać się do drugiego człowieka, poprosić o kilo ziemniaków i dwa pomidory. Poradzić się, jakie ogórki nadają się do kiszenia, które jabłko jak smakuje, jak zrobić dobrą sałatkę warzywną. Sprzedawcy znają klientów zazwyczaj po imieniu i starają się, aby asortyment był szeroki i przygotowywany tak jakby dla nich samych.
Rozmawiając z prowadzącymi ostatnie budki wyczułam duże przywiązanie do miejsca, klientów i takiego sposobu prowadzenia działalności. Serdeczne relacje między klientami i sprzedawcami, którzy znają się od lat. W takiej atmosferze można poczuć się dobrze i wracać. To smutne, że targ na Zawodziu znika. To smutne, że niedługo nikt o nim nie będzie już pamiętał.
Na koniec pełna nadziei za radą pewnego dziennikarza zadaję pytanie w naszej lokalnej grupie Zawodzie jest w modzie. Pytam też Was, czytających o wspomnienia z tego miejsca, ponieważ już nic więcej nie zostało.




























Kupujemy od czasu do czasu w warzywniaku.
Pamiętam że w latach 90-tych , po warzywa chodziło się do Pani „gorolka” , mamusia dzisiejszych Państwa Zosi i Władysława.
To były fajne czasy i super targ.